Przez ostatni rok codziennie wychodziliśmy z psami. Niezależnie od pogody. Niezależnie od tego, czy mieliśmy dobry dzień, czy byliśmy zmęczeni. Niezależnie od tego, czy mieliśmy czas, czy właśnie wszystko się komplikowało. Bo pies musi mieć spacer.
To zdanie wydawało mi się tak oczywiste, że właściwie nie było czego kwestionować. Pies ma spacer. Człowiek ma trening. Dziecko ma zajęcia sportowe. Wszyscy się ruszamy.
A jednak któregoś dnia zaczęło mnie prześladować inne pytanie:
Czy na pewno chodzi o ruch?
Czy może chodzi o coś, co z ruchem pomyliliśmy?
Trochę o tym, z jakiego miejsca patrzę
Piszę o tym z dość szczególnej perspektywy. Na co dzień prowadzę Biomapę Ciała – Pracownię Zdrowego Ruchu. Jestem specjalistką ćwiczeń korygujących i analitykiem biomechaniki ruchu. Pracuję z ludźmi, którzy chcą lepiej czuć swoje ciało, uruchamiać to, co przez lata stało się nieruchome, i uczyć się poruszać bardziej świadomie — nie tylko podczas ćwiczeń, ale przede wszystkim w zwyczajnym życiu. Jestem też mamą trzech synów i opiekunką siedmiu psów. I chyba właśnie dlatego coraz częściej interesuje mnie nie tylko to, czy ktoś ćwiczy, ale jak właściwie wygląda jego życie pomiędzy ćwiczeniami.
Bo ciało nie przestaje być ciałem, kiedy wychodzimy z sali. I pies nie przestaje być psem, kiedy skończy się spacer.
Mamy siedem psów. Sześć beagli i trzymiesięczną berneńkę. Pięć z naszych beagli zostało z nami po tym, jak prowadziliśmy dom tymczasowy dla psów po bardzo trudnych przejściach. Niektóre były przerażone człowiekiem i światem, niektóre doświadczały wcześniej przemocy fizycznej i psychicznej. Opieka nad takimi psami to nie jest łatwa przygoda i zdecydowanie nie jest to wyzwanie dla każdego. Część z nich po prostu została z nami na zawsze.
Psy mają podwórko. Mogą chodzić, węszyć, bawić się ze sobą, odpoczywać. Mają swoje zapachy, różne powierzchnie, naturalne elementy terenu. Rozrzucam im smaczki po podwórku, mają wtedy świetną zabawę, szukając ich. A mimo to przez cały rok wychodziliśmy z nimi na spacer — każdego dnia. Czasami pojedynczo, czasami parami. Nie wszystkie potrafią spokojnie iść razem — ciągną, szczekają, reagują na inne psy. Przy siedmiu psach „zwykły spacer” nie jest więc niewinnym półgodzinnym wyjściem. To cała operacja logistyczna. A jednak robiliśmy ją.
Bo pies musi.
Pewnego ranka reszta domu jeszcze spała. Wstałam do psów i zrobiłam sobie kawę. Jak zwykle najpierw było siku na podwórku, potem śniadanie i jeszcze jedno szybkie siku. Dwa psy przez chwilę kręciły się, czekając na to, co zwykle dzieje się o tej porze. Ja jednak nie spieszyłam się ze spacerem. Zaczęłam je obserwować. Minęło może piętnaście minut i wszystkie leżały spokojnie. Jeden jeszcze nie spał, ale już się wyciszał.
Pomyślałam: może dzisiaj po prostu mają wolne.
I nagle to słowo wydało mi się zaskakująco dobre. Wolne. Nie jako zaniedbanie, nie jako dzień, który trzeba będzie później „nadrobić”. Po prostu dzień, w którym nie ma zaplanowanej wyprawy. Psy są. Poruszają się. Węszą. Jedzą. Śpią. Żyją.
Wtedy zaczęłam rozdzielać dwie rzeczy, które przez długi czas traktowałam jak jedno: ruch i spacer.
Pies potrzebuje ruchu. To brzmi rozsądnie. Ale z tego zdania bardzo łatwo przechodzimy do: “Pies potrzebuje spaceru? Codziennie?”
A to już nie jest to samo.
Spacer jest ludzką formą organizowania psu dostępu do ruchu i środowiska: ma określoną godzinę, trasę, tempo, początek i koniec, często smycz. Pies nie potrzebuje jednak jednostki czasu nazwanej „spacer”. Potrzebuje możliwości poruszania się, węszenia, eksplorowania, kontaktu społecznego, odpoczynku, podejmowania decyzji i doświadczania różnorodności. Spacer może mu to wszystko dać, ale nie jest jedynym sposobem.
Beagle są tutaj szczególnie dobrym przykładem. To psy, dla których świat jest w dużej mierze światem zapachów. Kiedy idą po podłożu i zatrzymują się na kilka minut przy jednym miejscu, dla człowieka może wyglądać, jakby „nic nie robiły”. A przecież właśnie wtedy coś robią: czytają, sprawdzają, porównują, dowiadują się, kto był tutaj wcześniej, coś wyczuwają i podejmują decyzję, gdzie iść dalej.
Dla nich eksploracja nie jest dodatkiem do spaceru. Eksploracja jest częścią życia.
I nagle można zobaczyć, jak dziwnie brzmi nasze myślenie: „Pies był na spacerze przez godzinę, więc dzisiaj ma zapewniony ruch”. Ale co właściwie wydarzyło się przez tę godzinę? Czy pies mógł wybierać, węszyć, zmieniać tempo, zatrzymywać się? Czy spotkał coś nowego? Czy może przez większość czasu po prostu szedł, bo człowiek szedł?
A teraz przenieśmy to na człowieka.
Człowiek potrzebuje ruchu.
Z tym trudno się nie zgodzić. Ale z tego również zrobiliśmy bardzo szybko:
“Człowiek potrzebuje treningu?”
Trzy razy w tygodniu: siłownia. pilates, bieganie, joga, basen - cokolwiek. Wpisujemy w kalendarz, płacimy, organizujemy transport, rezerwujemy godzinę… A potem przez resztę dnia siedzimy: samochód→ krzesło → samochód → kanapa. I jesteśmy z siebie zadowoleni, bo przecież „zrobiliśmy trening”.
To jest dziwnie podobne do psa. Pies siedzi w domu albo ogrodzie, a potem dostaje godzinny spacer. Człowiek siedzi przez większość dnia, a potem idzie na godzinny trening. W obu przypadkach próbowaliśmy zamienić życie w ruchu na ruch jako wydarzenie.
Nie chodzi o to, że trening jest zły, ani że spacer jest niepotrzebny. Nie chodzi też o to, żeby z nich rezygnować. Przeciwnie. Spacer może być dla psa wspaniałą wyprawą. Trening może być dla człowieka świetnym sposobem rozwijania siły, sprawności czy umiejętności. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy wierzyć, że to właśnie jest ruch. A reszta życia może pozostać nieruchoma.
Zrobiliśmy coś podobnego dzieciom: dziecko siedzi w samochodzie, siedzi w szkole, siedzi przy biurku, siedzi przed ekranem. Potem wsiada do samochodu i jedzie na trening piłki nożnej - trenuje, wraca samochodem i mówimy:
„Dobrze, ma sport.”
Ale czy ma ruch?
To nie jest to samo pytanie.
Dziecko potrzebuje również chodzić, biegać, wspinać się, kucać, wstawać, przenosić, skakać, zmieniać pozycję, bawić się, włóczyć się po podwórku, chodzić po nierównym terenie. Potrzebuje używać ciała nie dlatego, że jest godzina 17:30 i zaczyna się trening, tylko dlatego, że ma ciało.
Może więc problemem nie jest to, że za mało ćwiczymy. Może problemem jest to, że stworzyliśmy środowisko, w którym musimy ćwiczyć, żeby skompensować brak ruchu.
Nie potrzebujemy mniej ruchu zorganizowanego. Potrzebujemy więcej ruchu wbudowanego w życie: więcej chodzenia, więcej zmieniania pozycji, więcej podnoszenia, więcej schodów, więcej pracy rękami, więcej przebywania na zewnątrz, więcej nierównego terenu, więcej zwyczajnego przemieszczania się, więcej możliwości.
Mniej myślenia o ciele jak o maszynie, którą trzeba raz dziennie zabrać na przegląd.
I właśnie dlatego coraz bardziej podoba mi się myśl o dniu wolnym.
Nie tylko dla psa.
Dla człowieka również.
Dzień, w którym nie zrobiłam treningu, nie jest automatycznie dniem straconym. Jeżeli chodzę po domu, wychodzę na zewnątrz, gotuję, sprzątam, noszę rzeczy, schylam się, wstaję, siedzę na podłodze, idę kawałek zamiast jechać, pracuję rękami, zmieniam pozycje — moje ciało nadal żyje.
Nie musi czekać do 18:00, żeby dostać pozwolenie na ruch.
To samo dotyczy psów.
Nie chcę już myśleć: „Czy dzisiaj wyszliśmy z psami?”
Chcę myśleć: „Jak dzisiaj wyglądało ich życie?”
Czy mogły się poruszać? Czy mogły węszyć? Czy miały wybór? Czy miały kontakt z innymi psami? Czy miały coś do zrobienia? Czy mogły odpocząć? Czy miały możliwość doświadczyć świata?
A czasami odpowiedź będzie brzmiała: „Tak. I dzisiaj nie potrzebujemy jeszcze spaceru.” Innego dnia odpowiedź będzie: „Tak. A teraz chodźmy, zobaczymy coś nowego.” I jedno, i drugie może być dobrym dniem.
Być może największą zmianą nie jest więc znalezienie idealnej liczby spacerów dla psa, ani idealnej liczby treningów dla człowieka. Być może zmianą jest przestać pytać: „Ile powinienem ćwiczyć?” i zacząć pytać: „Jak wygląda moje życie ruchowe?” To pytanie jest dużo trudniejsze. Ale też dużo ciekawsze. Bo nie dotyczy jednej godziny. Dotyczy całego dnia. Całego środowiska. Całego sposobu życia.
A moje psy? One nadal będą chodzić na spacery. Nie chcę im tego odbierać. Chcę tylko przestać traktować spacer jak obowiązkową jednostkę, którą trzeba codziennie odhaczyć niezależnie od wszystkiego. Czasami wyjdziemy. Czasami nie. Czasami pójdziemy daleko. Czasami będziemy tylko na podwórku. Czasami będziemy szukać zapachów między tujami, kamieniami i w zakamarkach podwórka. A czasami siedem psów po prostu zje śniadanie, zrobi siku i pójdzie spać. I może właśnie wtedy niczego im nie brakuje. Może po prostu mają wolne.
A ja razem z nimi.
Ten esej jest darmowy. Wiedza jest najbardziej użyteczna wtedy, gdy zaczyna zmieniać codzienne decyzje. Jeśli znasz kogoś, komu ten tekst mógłby się przydać, śmiało go udostępnij.




